Spitsbergen - stacja polarna w Hornsundzie

 

12.06.06 poniedziałek – 10 dzień wyprawy
            Wreszcie o 05.00 widzimy tak długo wyczekiwany Spitsbergen. Do stacji mamy jeszcze minimum godzinę płynięcia, ale ważne, że już go widzimy i czujemy zimny kąsający wiatr wiejący od lodowców. Widok za burtą jest dość niepokojący. Silny wiatr wywołuje krótką sztormową falę zwieńczoną białymi grzywaczami. Na dodatek zacina deszcz ze śniegiem. Szczęśliwie, im bliżej miejsca przesiadki tym bardziej osłonięty okolicznymi górami staje się akwen, po którym płyniemy. Przestaje padać i fala nieco łagodnieje. O godzinie 07.00 widzimy już niewielki pomarańczowy ponton, którym mamy dostać się na ląd. Dzięki pomocy rosyjskiej załogi nasze bagaże spuszczane są błyskawicznie na lince kilka metrów w za burtę wprost w ręce odbierających nas polarników. Po bagażach przychodzi kolej na nas. Pokonujemy drabinkę sznurową wywieszoną za burtę statku i schodzimy wprost do pontonu. Przeprawa po wzburzonym morzu przebiega w komfortowych wręcz warunkach dzięki dostarczonym ubraniom neoprenowym, bez których kąpiel w zimnych północnych wodach morza Grenlandzkiego  zwykle kończy się tragicznie. Jedynie stan naszych bagaży zalewanych bryzgami wody budzi nasze obawy.
            Po dopłynięciu do celu okazało się, że wszystkie pakunki dotarły szczęśliwie. Na stacji powitała nas ekipa zimowników i pracowników technicznych i od razu zaprosiła na stacyjne śniadanie. Coś wspaniałego, jaka to przyjemność zjeść normalny posiłek w normalnym, niekołyszącym się pomieszczeniu. Po rozpakowaniu bagaży już o 09.00 ruszamy w teren na rekonesans wokół stacji. Niesamowite jest piękno tych terenów. Wszędzie rozciągają się łany skalnic i dywany mchów i porostów poprzetykane zmurszałymi kośćmi wielorybów i kawałkami ostrych spękanych kamieni. Ziemia poprzerastana mchami i nasączona wodą ściekającą z topniejących śniegów miękko sprężynuję pod stopami.
            W pierwszej kolejności zwiedzamy hus stojący w pobliżu stacji, następnie kierujemy się w kierunku ujścia pobliskiej doliny. Po przejściu około 2 km, spotykamy pierwsze renifery. Zaczyna się szaleństwo fotograficzne. Śliczne, majestatyczne zwierzęta pozwalają się podejść na niewielką odległość i pięknie pozują do zdjęć. Po dłuższej chwili kontynuujemy marsz w kierunku stromej ściany piargów zasiedlonych przez kolonie alczyków. Ponownie
zatrzymujemy się na dłuższe fotografowanie. Te niewielkie ptaki są niezwykle ufne i przy odrobinie cierpliwości pozwalają podejść do siebie na odległość kilku metrów. Trzask migawki odlicza kolejne zarejestrowane ujęcia. Około 13.00 zapada decyzja o powrocie do bazy. Jak na pierwsze wyjście w teren mamy dość.
            Na stację wracamy już o 14.00, w sam raz na porę obiadową. Posilamy nasze wymęczone ciała i … akumulatory do naszych aparatów. Trochę łamie nas zmęczenie, ale w planach na dzisiejszy dzień mamy jeszcze wyjście pod czoło lodowca Hansbreen. O 15.00 wyruszamy w drogę. Krótka około 3 km droga okazuje się wyjątkowo ciężka. Prawie cała trasa wiedzie po morenowym rumowisku pozostawionym przez ustępujący lodowiec. Nogi ślizgają się na luźnych kamieniach lub zapadają się w błotnistej mazi skrytej pod cieniutką warstwą żwiru. Zgrzani i spoceni docieramy do stóp czoła lodowca wydającego głośne huki będące wynikiem wewnętrznego pękanie lodu. Lodowiec zaskakuje nas ferią barw. Mieni się całą gamą kolorów poczynając od czystego błękitu aż po głęboką zieleń. Humor psuje nam tylko świadomość konieczności ponownego pokonania moreny w drodze do stacji. Po powrocie o 18.00 i szybkiej kolacji zmęczenie bierze górę i resztę dnia przeznaczamy na odpoczynek.

13.06.06 wtorek – 11 dzień wyprawy
           
Powoli zaczynamy wpadać w małą rutynę. Rytm życia wyznaczają nam godziny posiłków i kolor światła za oknami stacji. Dzisiaj ponownie wybraliśmy się na fotografowanie alczyków. Po szybkim śniadaniu, ubrani w najgrubsze polary, wyszliśmy objuczeni kompletem sprzętu fotograficznego. Pomimo silnego wiatru i temperatury około 2 stopni C pot ścieka nam po plecach przy forsowaniu kolejnych wzniesień pokrytych podmokłą tundrą. Po 40 minutach marszu dochodzimy do stóp zbocza zasiedlonego przez ptaki. Są ich tysiące i wzniecają nieustający ptasi gwar. Stoimy pod kamienistym zboczem i każdy z nas wyszukuje najlepsze dla siebie miejsce do ptasiej zasiadki. W końcu podejmujemy decyzje i wchodzimy w zbocze, lokując się w najwygodniejszych, możliwych do przyjęcia pozycjach. Kolejne 3 godziny tkwimy całkowicie odsłonięci na silne podmuchy przejmująco zimnego wiatru wiejącego wprost od masywu lodowca. Pomimo ciepłych ubrań szybko zaczynamy marznąć i fotografowanie, po części staje się walką ze skostniałymi mięśniami rąk i nóg. Tym razem starannie dobieramy kadry, szukamy ujęć dynamicznych pokazujących zachowanie tych niewielkich ptaszków. Wreszcie schodzimy na dół. Musimy jak najszybciej dotrzeć do bazy ogrzać się i pokrzepić gorącą kawą. Nic nie smakuje tak jak gorąca, słodka kawa wypita zaraz po powrocie.
            Prawie całkowicie czyste, niebieskie niebo nie pozwala mi usiedzieć spokojnie w stacji. Sam wychodzę na krótkie fotografowanie w okolicach stacji. Warunki bezpieczeństwa wymagają posiadania broni przy każdym wyjściu, więc muszę dociążyć się rakietnicą do odstraszania niedźwiedzi i potężnym coltem „Magnum 44” - rozwiązaniem ostatecznym, na wypadek gdyby jednak niedźwiedź nie chciał ulec perswazji. Godzinka samotnego łażenia po skalistym wybrzeży i kolejne zdjęcia zapełniają karty pamięci w aparacie. Zabawę przerywa głośny dźwięk dzwonka wzywający na obiad. Co, jak co, ale apetyty wszystkim tutaj dopisują.
            Popołudnie miało być przeznaczone na wypoczynek przed planowaną „nocną” wyprawą tym razem „krajobrazową”. Nic z tego, piękna słoneczna pogoda wyciąga nas na zewnątrz stacji z pełnym rynsztunkiem fotograficznym na plecach. Każdy szuka dla siebie jakiegoś tematu. Adam jak zwykle skupia się na krajobrazach, ale i odrobinie architektury (husowi) nie przepuści. Także rybitwy doczekały się zainteresowania z jego strony, co wyrażało się w półgodzinnym czołganiu i wyczekiwaniu na to jedno, jedyne ujęcie. Mateusz skupił się na polarnych krajobrazach a ja zacząłem w końcu fotografować moje ulubione makro – niesamowite kolory ma tundra widziana w kilkakrotnym powiększeniu.
            Około 18.00 zmęczenie bierze górę. Wracamy do stacji i regenerujemy siły przy kolejnej kawie i zeszłorocznej prasie. Do zrobienia dzisiaj pozostało nam tylko pranie ciuchów nagromadzonych od początku wyprawy. Na szczęście temperatury panujące w agregatorni dają nadzieję na ich błyskawiczne wysuszenie.
            Szybka kolacja robiona przez każdego we własnym zakresie miała zakończyć kolejny dzień wyprawy. Jednak w ciągu kilkunastu minut Spitsebrgen pokazał na co go stać. Za oknem rozpętała się prawdziwa zadymka śnieżna. Widoczność spadła do kilku metrów a wiatr znacznie przybrał na sile.

 14.06.06 środa – 12 dzień wyprawy
           Kolejny dzień wyprawy zaczął się tuż po północy. Mateusz zaproponował fotografowanie reniferów w śnieżycy. Szybkie przygotowania, okręcenie aparatów szalokominiarkami dla ochrony przed zacinającym śniegiem i kryształkami lodu i już możemy wychodzić. Do przejścia mamy nie więcej jak kilometr, jednak warunki atmosferyczne dają nam się mocno we znaki. Wiatr (dochodzący do 70 km/h) szarpie nami niemiłosiernie, oczy zmrużone dla ochrony przed śniegiem, nogi grzęzną w śliskiej, mokrej breji. W końcu docieramy do stadka reniferów. Są skupione na niewielkim spłachetku śniegu. W odróżnieniu od dnia, kiedy podchodzimy do nich na kilkanaście metrów, teraz są czujne i bardzo nieufne. Nasze podejście wprawia je w stan gotowości do natychmiastowej ucieczki. Mimo to udaje nam się zrobić po kilkanaście zdjęć tych zwierząt w śnieżnej scenerii. Przemoczeni i zmarznięci, ale zadowoleni z wyników zdjęciowych, wracamy na stacje już około 02.00. Utwierdzam się w przekonaniu że fotografia przyrodnicza nie jest dla normalnych ludzi. Trzeba szybko spać, bo punktualnie o 08.00 rozlegnie się dźwięk dzwonka którym dyżurny wzywa wszystkich na śniadanie.
           Po posiłku, wyruszamy przy pięknej słonecznej pogodzie, na dłuższą, około 12 km wędrówkę. Naszym celem są dzikie gęsi i liski północy – pieśce. Droga jest dość forsowna, prowadzi po części przez kamieniste wybrzeże, po części przez mokrą tundrę. Nasze starania zachowania w miarę suchego obuwia niweczy pierwsza spotkana przeszkoda wodna. W poprzek naszej trasy płynie szeroka na kilkanaście metrów rzeka wypływająca spod zalegających zbocza pól śniegowych. Ściąganie butów nie wchodzi w grę, z uwagi na zalegające dno luźne kamienie. Decyzja może być tylko jedna, wchodzimy w rzekę i forsujemy ją w pełnym „rynsztunku”. Nogi oczywiście mamy przemoczone, woda wycieka nam z butów przy każdym kroku a jej temperatura jest typowo arktyczna. Po kolejnym kilometrze wszystko wraca do normy, stopy już nie drętwieją z zimna a wodna przeprawa wydaje się ciekawą atrakcją. Otwierające się przed nami widoki na kolejne części wylotu doliny Revdalen, pokazują całe arktyczne piękno tej części Spitsbergenu. Skaliste ściany wzgórz są poprzecinane grubymi płachtami porostów. U stóp zboczy zalega tundra, gruby kożuch mchów, porostów, i glonów tworzy miękki dywan. Jedyny mankament to duża ilość stojącej wody. Każdy krok niesie ryzyko zapadnięcia się w zakrytych mchem dziurach wypełnionych lodowatą wodą.
            W końcu dochodzimy do celu. Trzy godziny fotografujemy drapieżne wydrzyki, gęsi, alczyki, pieśce i oczywiście krajobrazy, bez których żadna wyprawa, dla Adama, nie byłaby udana. Zbliżający się wał chmur mobilizuje nas do drogi powrotnej. Bez nadmiernego ociągania pokonujemy kolejne kilometry, ponownie forsujemy rzekę i wreszcie o 19.30 zjawiamy się na stacji. Niemal doskonałe wyczucie pogody, tuż przy stacji zaczyna padać deszcz ze śniegiem.
            Cały dzień funkcjonowaliśmy tylko na śniadaniu i kilku czekoladowych batonach zabranych na drogę, toteż perspektywa spóźnionego obiadu dodaje nam energii do szybkiego zajęcia się plecakami ze sprzętem, przebrania i wizyty w kuchni. Dyżurny uprzedzony o naszym późnym powrocie
zostawił nam wszystkie obiadowe specjały. Kuchenka mikrofalowa, palniki gazowe, talerze i już możemy sycić się wspaniałym obiadem. Jak niesamowitą przyprawą jest odrobina głodu.
            Po późnym obiedzie, tym razem sam, wychodzę fotografować w okolicach stacji. Zacina deszczem i znowu wieje bardzo silny wiatr. Mam trochę szczęścia, już po chwili natykam się na siedzącego wydrzyka, któremu poświęcam pół godziny. W drodze powrotnej do stacji, dzięki Darkowi - stacyjnemu ornitologowi, udaje mi się znaleźć małego biegusa, który zbudował swoje gniazdko tuż przy uczęszczanej ścieżce prowadzącej do rozstawionych przyrządów pomiarowych. Zakładam obiektyw o najdłuższej posiadanej ogniskowej i robię mu kilka zdjęć ze znacznej odległości, tak aby nie stresować tego małego ptaszka. Bez dodatkowych przestojów docieram z powrotem do stacji.
            Na resztę wieczoru zostały już typowo stacjonarne zajęcia, zgrywanie zdjęć na dyski do archiwizacji, korespondencja do sponsorów, lektura atlasów fauny i flory Arktyki i uzupełnianie notatek z kolejnego dnia wyprawy. I tak niepostrzeżenie mija kolejny dzień a zegar na ścianie wskazuje godzinę 01.30, już kolejnego dnia.

 15.06.06 czwartek – 13 dzień wyprawy
           Dzisiaj święto, więc pora śniadaniowa nie obowiązuje. Nadrabiamy zaległości i śpimy na zapas. O 10.00 jednak nie wytrzymuję i zbieram się do wyjścia w teren. Tym razem idę sam, Adam i Mateusz wybrali dalsze spanie. Planuję skupić się na makrofotografii. Bez potrzeby dalekich wędrówek, w okolicach stacji można znaleźć wystarczającą liczbę tematów. Przysiadam przy jednej ze skał i znajduję się w prawdziwym lesie, co prawda „drzewa mają zaledwie 2-3 cm wysokości, ale tworzą prawdziwe, gęste zagajniki wierzbowe. Niestety porywisty wiatr szarpie statywem i aparatem, co przy makro jest zwykle jednoznaczne ze złymi technicznie, poruszonymi zdjęciami. Jednak kilka zdjęć jest godnych zachowania. Prawie spóźniony, szybko wracam na stację. Obiad już się zaczął, ale talerz stoi i rosołu z makaronem i wołowiny w sosie z ryżem nie zabrakło.
            Po popołudniowej kawie robimy szybkie szkolenie strzeleckie dla Adama i przestrzelanie nowej broni. Dobrze to wyszło, już za drugim strzałem Adam rozstrzelał z 20 kroków zardzewiałą beczka służąca za cel. Pobraliśmy już na stałe uzbrojenie z magazynu. Mamy do dyspozycji dwie strzelby gładkolufowe i pistolet sygnalizacyjny, dzięki temu możemy nieco swobodniej poruszać się po terenie bez nadmiernych obaw przed spotkaniem z niedźwiedziami.
            Popołudniowo-wieczorne godziny spędzam z Mateuszem na zboczu góry
w towarzystwie stada alczyków. Nasyciliśmy się już ich ujęciami portretowymi. Teraz czas na zdjęcia akcji. Trzy godziny czatowania na zimnych kamieniach lub na mokrym mchu i kilka kolejnych zdjęć trafia do kolekcji. Zmarznięci wracamy do stacji, gdy po drodze zaatakowała nas para wydrzyków ostrosternych. Pikują z głośnym skrzekiem i zatrzymują się zaledwie metr nad naszymi głowami. Robi się trochę nerwowo. Wydrzyki są dość dużymi ptakami a kontakt z ich dziobem nie należy do przyjemności. Po chwili wszystko się wyjaśnia, 2 m od ścieżki założyły w mchach dwa gniazda i złożyły jaja. Ptaki po prostu przeganiały nas jako intruzów zagrażających ich lęgom. Bez robienia zdjęć szybkim krokiem wycofujemy się na około 20 m, ptaki uspakajają się i wracają do wysiadywania.
            W stacji, jak co wieczór, selekcja zdjęć, robienia zapasowych kopii i chwila odpoczynku połączona z obfitą kolacją. Kończymy kolejny dzień wyprawy. Jednak od 20.00 objeliśmy dyżur stacyjny. Na naszej głowie jest przygotowanie posiłków w dniu jutrzejszym i utrzymanie porządku w kuchni. Dodatkowo musimy mieć pod nadzorem radiotelefon pracujący na kanale ratunkowym. Załoga stacji zawsze musi być gotowa do udzielenia pomocy na miarę swoich możliwości w razie wezwania.

 16.06.06 piątek – 14 dzień wyprawy
            Dzień mija nam pod znakiem kuchennego dyżuru. Już  o 07.00 mamy pobudkę, tak żeby zdążyć z przygotowaniem śniadania dla 19 osób przebywających na stacji. Serwujemy zestaw konserw (mielonki i pasztety drobiowe) i dżem truskawkowy a do tego chleb własnego wypieku. Po śniadaniu szybkie sprzątanie kuchni i już o 10.00 jesteśmy po porannej robocie. Korzystając z ładnej pogody wychodzę na krótki spacer w okolice stacji. Kwitnąca tundra zachęca do zdjęć makro, żeby jeszcze wiatr trochę słabiej targał roślinkami. Fotografowanie makro w warunkach Spitsbergenu to ciągła walka z wiatrem szarpiącym tak aparatem jak i fotografowanymi obiektami.
            Niestety, już o 12.00 musimy zabrać się za obiad. Mamy w planach zaserwować zupę pomidorową z makaronem a na drugie danie rybę smażoną ze szpinakiem i ryżem oraz nieodzowny kompot. Wspólnie zabieramy się za szykowanie potraw, szpinak powoli rozmraża się na patelni, wczorajszy rosół zabarwia się przecierem pomidorowym z puszki a ryby czekają na panierowanie. Samo smażenie pozostawiamy Mateuszowi. Korzystając z wolnej chwili znowu wychodzę w teren. Wspaniałe jest takie samotne włóczenie się po okolicznej tundrze bez nadmiernego bagażu, tylko ze sprzętem fotograficznym na plecach i pistoletem sygnalizacyjnym przy pasku (jako zabezpieczenie przed niedźwiedziami).
            Na sam koniec dyżuru podejmujemy decyzję – PŁYNIEMY!!! W wolnych chwilach Mateusz pokleił stary stacyjny ponton i uruchomił nowosprowadzony silnik zaburtowy, więc sprzęt pływający mamy gotowy do użycia. Mamy ambitne plany dopłynąć do husa w TRESKELEN i tam założyć bazę noclegową na kolejne trzy doby. Do spenetrowania mamy okoliczne czoła lodowców, gęsto pływające góry lodowe i liczne zatoki fiordu. Pakowanie  zajmuje nam niecałe dwie godziny i już o 20.00 wypływamy. Nasze wyposażenie, oprócz broni, sprzętu fotograficznego i ubrań, uzupełnione zostało o sprzęt łączności. W sumie zabraliśmy z bazy: dwa radiotelefony, telefon satelitarny, pistolet sygnalizacyjny z zapasem rakiet, dwie strzelby i oczywiście zapas jedzenia. Dodatkowo doszło do tego wyposażenie typowo biwakowe czyli śpiwory, karimaty i nieodzowny worek z drewnem do palenia w piecyku w husie. Całość mieścimy w 4,5 metrowym pontonie.
            W pierwszym etapie docieramy do husa, mijając góry, zatoki i lodowce o egzotycznie brzmiących nazwach: GNALL, CZYBYSZEW czy też HORNSUNDTIND. Po szybkim rozładunku i przeniesieniu wyposażenia do husa wypływamy na zwiedzanie najbliższej zatoki piękną panoramą gór.

17.06.06 sobota – 15 dzień wyprawy
            Czas szybko nam mija na kolejnych postojach przy kamienistych morenach. Przybijamy do brzegu w miejscach umożliwiających zrobienie ciekawych ujęć krajobrazów. Czasami wymaga to niezłej gimnastyki, zwłaszcza przy nieco wyższej fali przybojowej. Niestety po kilku kolejnych godzinach spędzonych na wodzie zimno i związane z tym wychłodzenie organizmu zmusza nas do powrotu.
            Pudełkowaty kształt husa obiecuje ciepło i dach nad głową. Najpierw czeka nas jednak wyciąganie pontonu poza zasięg fal przybojowych, potem musimy rozpalić w piecyku i wygnać całą wilgoć ze schronu. Maksymalne rozpalenie w piecu jest jedyną metodą osuszenia husa w panujących warunkach pogodowych. Niestety skutkiem ubocznym jest zbyt wysoka temperatura, której ofiarą padł Adam śpiący na górze piętrowego łóżka. W środku „nocy” musi wstać i otworzyć drzwi dla przewietrzenia i przechłodzenia husa. Metoda skuteczna, tyle że drzwi pozostają otwarte na oścież, gdy my wszyscy błogo śpimy. Szczęśliwie niedźwiedzie miały dzisiaj inne trasy spacerów i nas pozostawiły w spokoju. W końcu odespaliśmy trudy dnia poprzedniego i obudziliśmy się o 18.00.
            Jednogłośnie stwierdziliśmy że zasłużyliśmy sobie na ciepły posiłek przed ponownym wypłynięciem i zabraliśmy się za gotowanie zupy grochowej z zabranego koncentratu. Po półgodzinnym gotowaniu zupa gotowa. Coś wspaniałego, nawet lekko niedogotowane kostki ziemniaków nie są w stanie zakłócić delektowania się gorącą grochówką. Na dnie garnka zostało jeszcze jakieś 0,5 litra gęstej zupy, ale to po rozcieńczeniu będzie na kolejny posiłek. Po śniadaniu (obiedzie? kolacji? – jak to nazwać?) odbywamy jeszcze krótką sesję zdjęciową dla jednego z naszych sponsorów, który wyposażył nas w doskonałe zestawy ubrań polarowych.
            O godzinie 21.00 wypływamy. Zaliczamy pływanie tuż pod ścianą czoła lodowca. Jest to niesamowite przeżycie gdy nasz niewielki ponton powolutku przebija się wśród drobnego, pływającego gruzu lodowego. Lód lodowcowy cały czas „mówi”, skrzypi, trzaska a w wodzie syczy wydobywającymi się z niego pęcherzykami sprężonego powietrza.

18.06.06 niedziela – 16 dzień wyprawy
            Niestety nie widać słońca skrytego za grubą warstwą chmur. Jest nam strasznie zimno a wilgotne „hanseny” nie zapewniają wymaganej izolacji termicznej. W końcu mocno wychłodzeni o godzinie 01.30 wracamy do naszego husa. Czujemy jakbyśmy wracali do prawdziwych apartamentów a to przecież tylko zwykła drewniana „buda” obita papą dla uszczelnienia. Ale przecież w niej jest ciepłodajny piecyk, miękkie karimaty, ciepłe śpiwory i co najważniejsze garnek grochówki pozostały z poprzedniego dnia. Pełnia szczęścia. Mija kolejna doba w „arktycznej dziczy”, kolejny dzień pływania wśród gór lodowych i kolejne dziesiątki zrobionych zdjęć. Jest pięknie, ciepło i syto.
            Planujemy dzisiaj wcześnie położyć się spać, tak żebyśmy dali radę wstać wystarczająco wcześnie, kiedy masyw GNALA jest oświetlony najładniejszym światłem. Cóż fotografia żyje rytmem światła i trzeba się temu podporządkować. Dzień kończymy już o 02.15, naczynia wstawione do naszej „zmywarki” w pobliskim potoku, a my po zjedzonej zupce wślizgujemy się w śpiwory i zapadamy w sen.
            Pobudka już o 13.00. Niestety pogoda całkowicie się zepsuła. Nad wodą wisi ciężka mgła i pada mżawka przechodząca w drobny deszcz. O fotografowaniu w tych warunkach nie ma mowy. Szkoda narażać sprzęt, zwłaszcza że uzyskane zdjęcia byłyby wątpliwej jakości. Na dobre rozpoczęcie dnia wypijamy po kubeczku kawy i zabieramy się za wielkie pakowanie. Fala w fiordzie jest spora, wiec na pewno będzie mocno chlapać i wszystko musi być szczelnie zawinięte w worki foliowe. Planujemy, o ile pogoda się nie poprawi, wracać bezpośrednio na stację polarną, zostawiając zwiedzania Gnala na kolejne wypłynięcie.
            Niestety spełnia się „czarny scenariusz” pogoda psuje się coraz bardziej i zaczyna padać rzęsisty deszcz. W tej sytuacji jedyna możliwa decyzja to bezpośredni powrót na stację. Cały dobytek w foliowych worach pakujemy na ponton i dodatkowo staramy się zabezpieczyć plastikową płachtą. Już o 14.30  jesteśmy na wodzie. Nadkładamy nieco drogi żeby rzucić okiem na kolejne czoło lodowca i popatrzeć na wycieczkowiec który zapuścił się w głąb fiordu. Wieje wiatr, pada rzęsisty deszcz, w wilgotnych ciuchach jest zimno i mokro. Co my tu robimy, za jakie grzechy tak się katujemy? Cóż nikt nie mówił że jest to impreza dla normalnych ludzi, trzeba być nieco zwichrowanym żeby przeżywać te wszystkie niedogodności i … cieszyć się nimi!
            Już o 17.00 docieramy do stacji i zaczyna się półgodzinna mordęga z wypakowywaniem bagaży, przenoszeniem silnika do hangaru i w końcu przeniesieniem i zabezpieczeniem samego pontonu. Wreszcie koniec, idziemy na stacje gdzie czeka na nas pozostawiony wspaniały obiad. I jak tu nie lubić polarników!
            Niestety przy ściąganiu kolejnych warstw ubrań zaczyna coraz wyraźniej czuć trzydniowy brak możliwości umycia się połączony jednocześnie z wielogodzinnym przebywaniem w neoprenowej piance. Harmonogram działania jest prosty: gorący prysznic, nastawienie pralki z naszymi ciuchami i wreszcie gorący obiad. Miłym akcentem jest ciepła szarlotka upieczona na deser z okazji urodzin przez jednego z polarników. Już o 19.30 wszystko zostało zrobione i można spokojnie siąść przy kubku kawy i obejrzeć końcówkę meczu pomiędzy Australią a Brazylią. Siła przyzwyczajenia sprawia jednak że spać kładziemy się dopiero o 02.00.

 19.06.06 poniedziałek – 17 dzień wyprawy
           Dzisiaj mamy dzień ulgowy. Musimy dojść do siebie po ostatnim pływaniu po fiordzie. Rano budzi nas dzwonek na śniadanie. Cóż za ulga, nie trzeba wstawać w zimnym i wilgotnym husie, nie czeka nas rozpalanie w piecyku a gorące śniadanie czeka już na stole. Po porannych paróweczkach z żółtym serem i gorącej kawie wyruszamy w teren. Ponieważ nie mamy na dzisiaj jakiejś konkretnej trasy „rozłazimy” się po tundrze przylegającej do stacji. To jest to, co lubię najbardziej, strzelba na ramieniu, kilka naboi w kieszeni i plecak fotograficzny ze sprzętem na plecach. Mogę tak się włóczyć całkiem samotnie długie godziny.
            Wędrówkę przerywa zbliżający się obiad, na 14.00 trzeba być na stacji w pełnej gotowości do posiłku. Dzisiaj dyżur ma Kasia, ornitolog badający życie alczyków. Od razu widać po potrawach wystawione na stole, że obiad robił fachowiec. Dwa rodzaje zup, gulasz, ryż, surówki – wszystko jak domowe to też i znika ze stołu w błyskawicznym tempie. Po obiedzie mała sensacja, w pobliże stacji zawitał niedźwiedź polarny. Niestety był w odległości około 100m i zanim zdążyliśmy do niego dobiec z aparatami zniknął nam z pola widzenia. Odpłynął morzem albo skrył się pomiędzy pobliskimi pagórkami moren polodowcowych.
            Na kolejną już dzisiaj samotną wycieczkę wyposażam się już staranniej. Pistolet sygnałowy nabijam rakietą tuż po wyjściu z budynku a naboje do strzelby wkładam w kieszeń do której mam szybki i wygodny dostęp. Taka małe zabezpieczenie na wypadek spotkania z nieprzyjaźnie nastawionym misiem. Kilka godzin mija mi w terenie na fotografowaniu wydrzyków, rybitw i bujnie kwitnącej lokalnej flory. W końcu zmęczenie daje znać o sobie, w sumie przechodziłem dzisiaj w terenie jakieś 8 godzin z pełnym wyposażeniem na plecach.
            Powrót do bazy, szybka kolacja połączona z nieodzowną kawą i… znowu o 22.30 wychodzę w teren. Tym razem idziemy z Adamem na półwysep Wilczka. Fotografujemy kępy skalnic ale coraz silniejszy deszcz skłania nas do powrotu do stacji i zakończenia na dzisiaj fotograficznej aktywności. Już o 00.30 jesteśmy z powrotem. Sprzęt fotograficzny się suszy, relacja z dzisiejszego dnia kończy się pisać, czyli można siąść przed telewizorem i na spokojnie zaplanować jutrzejszy dzień. Pogoda ma się poprawić, więc może uda się wypłynąć na 15 godzinne fotografowanie cmentarzyska wielorybów i historycznego husa w zatoce GASHAMNA.

 20.06.06 wtorek – 18 dzień wyprawy
           Tym razem odpuszczamy śniadanie, odsypiamy zaległości i wstajemy dopiero o 12.00, akurat na tyle wcześnie żeby po prysznicu i małych porządkach zdążyć na obiad o 14.00. Niestety, prognozy meteorologiczne w dalszym ciągu są niekorzystne. Cały czas utrzymuje się zachmurzenie 7/8, czyli praktycznie brak słońca. Na szczęście wieje słaby wiaterek, co umożliwia nam wypłynięcia na otwarte wody morza Grenlandzkiego na naszym pontoniku. Mamy zamiar spenetrować okolice półwyspu PALFFYODDEN i zatokę GASHAMNA. Z mapy wynika iż jest tam zróżnicowana linia brzegowa, głęboko poprzecinana szkierami. W głębi lądu widać dwa, dość duże, jeziora i stary zabytkowy hus. W takim rejonie mamy nadzieję spotkać dużą ilość ptactwa i bogactwo roślinne tundry. Planujemy płynąć na brzeg znajdujący się pod bezpośrednim wpływem Golfstromu i stąd nasze nadzieje na obfitość lokalnej fauny i flory.
            Już o 16.00 wypływamy. Pierwszy cel to stary hus na samym półwyspie PALFFYODDEN. Dobijamy tam po 1,5 godzinie forsowania długich martwych fal nadchodzących z morza Grenlandzkiego. Stary hus robi niesamowite wrażenie,
jego niezwykła konstrukcja zewnętrzna dorównuje oryginalnością wnętrza. Hus wyposażony jest w  autentyczne „umeblowanie” oraz zabytkowe piecyki do grzania. Jest dokładnie taki jaki był kilkadziesiąt lat temu, gdy opuszczał go ostatni spitsbergeński traper polujący na foki, niedźwiedzie i lisy. Fotografowanie husa i wędrówka po całym półwyspie zajmuje nam kilka godzin i dopiero około 24.00 ruszamy w dalszą drogę.
            Niestety zawiedliśmy się w naszych nadziejach na dużą ilość występujących gatunków roślin i zwierząt. Ziemia z porastającą ją rachityczną tundrą była przesuszona i jałowa. Jeziorka okazały się zbiornikami wody zbieranej z topniejącego śniegu, jedynie kilka gęsi bernikli i parę kaczek lodówek było zainteresowanych tymi zbiornikami. Były jednak bardzo ostrożne i nie było mowy o zbliżeniu się na odległość umożliwiającą zrobienie zdjęć. Podsumowując przyrodnicza strona eskapady okazała się porażką ale strona etnograficzna wyrównała to z naddatkiem.

 21.06.06 środa – 19 dzień wyprawy
           Kolejny etap podróży to zatoka GASHAMNA, z resztkami pozostałymi po starej osadzie wielorybniczej. Teraz, ponad 150 lat po wprowadzeniu zakazu polowania na wieloryby na okolicznych wodach, arktyczna przyroda rozprawiła się niemal doszczętnie z wszelkimi oznakami działalności człowieka. Na terenie dawnej osady można zobaczyć jedynie resztki starych, zmurszałych kości wielorybów i pozostałości rozsypujących się ceglanych fundamentów. Widok ten robi niesamowite wrażenie i pokazuje jak wątłe są nasze konstrukcje w porównaniu z surową przyrodą północy. Po kolejnej godzinie fotografowania płyniemy do następnego husa stojącego w tej samej zatoce. Niestety, został on doszczętnie zniszczony przez niedźwiedzia, który ostatniej zimy wtargnął do środka przez dach i zdemolował całkowicie wnętrze i jedną ze ścian zewnętrznych.
            Zmęczeni i nieco zziębnięci zaczynamy powoli wracać do stacji. Po drodze jednak skusiło nas do odwiedzin „kamienne miasto”, czyli zbiorowisko olbrzymich głazów skupionych na plaży. Robimy przy nich jedynie krótki postój. Zaczął się odpływ i z każdym kwadransem coraz trudniej jest wrócić na otwarte wody. Ciągnięcie wyładowanego sprzętem pontonu po śliskich kamieniach nie należy do przyjemności. Wreszcie opuściliśmy przybrzeżne płycizny i już bezpośrednio wracamy do bazy. Mija dokładnie 04.00 rano gdy dobijamy do brzegu koło nadbrzeżnego hangaru. Zaczynamy rutynowe przenoszenie bagaży, zabezpieczanie sprzętu pływającego, zabezpieczanie broni itd. Mocno wygłodniali staramy się jeszcze po cichutku zrobić coś do jedzenia i w końcu o 05.00 kładziemy się na zasłużony odpoczynek.
            Oczywiście żadna siła nie jest w stanie ściągnąć nas z łóżek na śniadanie o 08.00. Wstajemy dopiero parę minut przed 14.00. Akurat tyle żeby szybko się umyć i zdążyć na serwowaną dzisiaj zupę grochową i spaghetti.
            Zmęczenie poprzednimi dniami zdaje się w nas kumulować. Coraz trudniej zebrać się do wyjścia w teren a i pokonywanie kolejnych kilometrów moren czy błotnistej tundry przychodzi z coraz większym wysiłkiem. Pogoda nieco się zmieniła. Wyszło długo oczekiwane słońce ale dla odmiany zerwał się silny wiatr. W tych warunkach fotografowanie staje się dość trudne. Niewielkie roślinki tundry szarpią i trzęsą się na wietrze a jednocześnie wiatr wzbudza wysokie strome fale, co w praktyce uniemożliwia wypłynięcie pontonem z naszym sprzętem fotograficznym. Rozchodzimy się samodzielnie po okolicach stacji. Ja w kierunku lodowca i następnie rundkę po tundrze w poszukiwaniu porostów a Adam z Mateuszem w kierunku „polanki” zajętej przez dwa wojowniczo nastawione wydrzyki.

 22.06.06 czwartek – 20 dzień wyprawy
           Dzisiaj zaczynamy dzień jak normalni ludzie. Wstajemy dopiero na śniadanie tuż przed 08.00. Szybki posiłek, z nieśmiertelnymi parówkami, gorąca kawa i już można ruszać w teren. Pomimo silnego, porywistego wiatru dochodzącego do 15 m/s, wybieram się na fotografowanie śnieguł, niewielkich ptaków zamieszkujących okoliczne skałki. Adam z Mateuszem wybrali trochę bardziej twórcze zajęcie i … wrócili do łóżek odsypiać zaległości. Po dwóch godzinach zasiadki mam co prawda kilka zdjęć śnieguł, ale ptaki te są na tyle ostrożne, że nie udaje się ich sfotografować z odległości mniejszej niż 3-4 metry, co uniemożliwia zrobienie pełnego portretu, pozostają jedynie zdjęcia środowiskowe.
           
Wracam do stacji nieco okrężną drogą. Odwiedzam płat tundry zajęty przez wydrzyki. Niestety siedzą już na gniazdach więc nadkładam drogi tak aby obejść je bez wzbudzania nadmiernego niepokoju. Na otwartych obszarach, co kilkanaście minut lądują pary bernikli. Gniazd w okolicy nie zakładają, pokarmu nie szukają, więc może to tylko krótkie odpoczynki w walce z porywistym wiatrem.
            W końcu zbliżająca się pora obiadowa mobilizuje mnie do drogi powrotnej. Niestety wszystkie drogi do stacji od strony morza wiodą przez obszary opanowane przez rybitwy. Mają one tendencję do składania jajek w najmniej spodziewanych miejscach – przy gąsienicach pływających transporterów zaparkowanych na plaży, pod traktorem, na drodze prowadzącej do przystani itp. Moje wejście w obszar kontrolowany przez rybitwy wywołuje ich natychmiastową agresję. Pikują ostro, prosto na głowę, bez pardonu okładając dziobem i skrzydłami. Całe szczęście że wysunięty nad głowę statyw skupia na sobie ich uwagę i udaje mi się dojść do bazy bez żadnych uszkodzeń.
            14.00 i główny punkt dnia, czyli obiad skupiający nas wszystkich w jadalni. Jak zwykle dyżurny staje na wysokości zadania i serwuje doskonały obiad. Dzisiaj mamy zupę grzybową i mieszankę makaronowo, mięsno, warzywno, ryżową. Trochę głodu i parę godzin w terenie dodaje jej niezwykłego smaku. Obiad szybko mija, czas na kawę i oczywiście późniejsze wyjście w teren.
            Już o 15.00 udaje mi się wyciągnąć Mateusza na fotografowanie alczyków. Podchodzimy pod skalne rumowisko i zaskakuje nas dziwna cisza. Tutejsze stada alczyków zawsze dotąd rozbrzmiewały wesołym gwarem i specyficznym chichotem. Dzisiaj panuje dziwna cisza. Mamy nadzieję że to tylko chwilowa nieobecność ptaków, żerujących na wodach fiordu i postanawiamy poczekać na ich powrót. Niestety mijają kolejne godziny,
chłód daje  się coraz bardziej we znaki a ptaków nie ma. W końcu rezygnujemy.
            Schodząc ze zbocza trafiamy na stadko pasących się reniferów. Zawsze to jakaś atrakcja fotograficzna po nieudanym wyczekiwaniu na
alczyki. Kluczymy za stadem pomiędzy pagórkami starając się podejść je z jak najbardziej fotogenicznej strony. Zabawa jest przednia i już po godzinie mamy po kilkadziesiąt kolejnych ujęć reniferów. Powoli wracamy do stacji brzegiem morza. Na jednej z mijanych skał znajdujemy pierwszy w tym roku egzemplarz maka polarnego. Jest to śliczny około 10 cm kwiatek. Niestety porywisty wiatr uniemożliwia jego sfotografowanie, pomimo dokładnego osłonięcia kiwa się na wietrze uciekając wręcz z kadru. Pozostawiamy go na lepszą pogodę i idziemy dalej wzdłuż kamienistej plaży. Droga jest dość uciążliwa, ale w nagrodę spotykamy dwa płatkonogi, niewielkie rdzawe ptaszki chętnie pozujące do zdjęć. Wreszcie docieramy do stacji, kończąc dzisiejszy pobyt w terenie.
            Wieczór mija na przygotowywaniu pierwszej części relacji z wyprawy na naszą stronę wyprawową. Obrabianie i korekta tekstu, dobór zdjęć i ich przetwarzanie zajmuje nam czas do 01.30. Jeszcze tylko załadowanie wszystkiego na www, napisanie kilku maili na grupy dyskusyjne i możemy kłaść się spać.
 

23.06.06 piątek – 21 dzień wyprawy
            Pogoda pod psem. Wieje silny wiatr, pada deszcz ze śniegiem, zachmurzenie pełne. Wychodzenie z bazy na zdjęcia jest całkowicie pozbawione sensu. Odpuszczamy śniadanie, uzupełniając braki snu. Z łóżek wyciąga nas przed 14.00 dźwięk dzwonka wzywającego na obiad – jest piątek, czyli tradycyjna ryba.
            Po jedzeniu, uzupełniamy notatki, segregujemy zdjęcia, oglądamy TV i … czekamy na poprawę pogody. Analiza prognozy nie nastraja optymistycznie, opady deszczu ze śniegiem, silny wiatr i oczywiście zachmurzenie 8/8. Podejmujemy decyzję i bierzemy kolejny dyżur w kuchni. Skoro mamy zaliczyć te dyżury kuchenne, niech to chociaż będzie w złą, niezdjęciową pogodę.
            O 20.00 zaczynamy swoje obowiązki. Szybkie sprzątanie kuchni po kolacji, przetarcie stołów i pozostaje nam już tylko dyżur przy radiostacji pracującej na kanale ratunkowym. Wpadam na pomysł zrobienia na śniadanie parówek zapiekanych z plasterkiem boczku i serem żółtym. Dla 17 osób na stacji jest z tym trochę dłubaniny, więc postanawiam przygotować wszystko już wieczorem tak żeby nie było potrzeby zabierania się za robotę zbyt wcześnie rano.

24.06.06 sobota – 22 dzień wyprawy
           
Już o 24.00 wszystko przygotowane, parówki z boczkiem zawinięte w folię czekają w lodówce na obsmażenie. Wykładamy nakrycia na stół i … zasiadamy w fotelach przed TV czekając na ranek. 07.00 zastaje nas przy patelni i czajnikach, punktualnie na 08.00 wszystko musi być gotowe do podania. Punktualnie walimy w dzwon i całe towarzystwo zwabione zapachem smażonego boczku zjawia się przy stole. Musiało być niezłe bo po 30 minutach wszystko znikło z talerzy, a nam pozostało posprzątanie ze stołu i umycie naczyń. Już o 11.30 czas zabrać się za obiad - tu sprawa jest prosta. Rozmroziliśmy parę kilo mięsa z indyka i zaczynamy „czarować” jednodaniowe danie. Tym razem to moje zadanie. Mięso obsmażone na ostrym ogniu trafia do wielkiej brytfanny, do tego parę kilo posiekanej cebuli, kilka garści przypraw ziołowych, pomidory z puszki, ser żółty i pozostaje tylko czekać aż wszystko dojdzie na wolnym ogniu. Na 14.00 powinno być gotowe. Jako uzupełnienie Mateusz gotuje ciemny ryż a ja na patelni szykuję mieszankę warzywną. Wyszło nieźle, z misek załadowanych jedzeniem wymiotło wszystko, dzisiaj stacyjne pieski dostaną psie konserwy zamiast pozostałości obiadowych. Wielkie sprzątanie i zmywanie naczyń przez Adam kończy nasz kolejny dyżur.
            Dzisiaj czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Dwóch kolegów obchodzi urodziny (jeden z nich 50-te) Oczywiście mamy małe przyjęcie z wydobytymi z głębokich zapasów bakaliami, ciastkami, czekoladą i niewielką ilością alkoholu. Na wspomnieniach i opowieściach polarnych (Janek ma na koncie 13 pobytów na Spitsbergenie) mija praktycznie cała noc. 

25.06.06 niedziela – 23 dzień wyprawy
            Zmęczeni dyżurem i imprezą urodzinową wybieramy się spać, gdy okazuje się że w pobliżu stacji przysiadło stadko gęsi bernikli. Szybka lustracja przez lornetkę wykazała że jedna z par ma już młode! Oczywiście korzystamy z okazji i w alarmowym trybie wskakujemy w ciepły zestaw
ubrań, zarzucamy broń na plecy i na zdjęcia. Jednakże bernikle nic nie straciły ze swojej czujności. Po długim podchodzeniu, kryciu się za występy skalne i wiaty stacyjne udaje nam się z Mateuszem zrobić w końcu po 2-3 akceptowalne technicznie zdjęcia. Adama niestety ominęły te „bezkrwawe łowy”, pół godziny wcześniej wyszedł na zdjęcia czoła lodowca Hansa.
            Korzystając z okazji że wyrwaliśmy się w końcu z budynku, nie zważając na zacinający deszczyk idziemy sprawdzić stanowisko płatkonogów. Niestety, trwa przypływ i przybrzeżne skały, pomiędzy którymi uwijają się te śliczne ptaszki, są zalane wodą. Na osłodę idziemy sprawdzić jak przetrwał ostatnie wichury mak polarny przycupnięty w załomie skały. Jest i ma się dobrze, żeby nie kusić losu robię mu małą sesję zdjęciową. Wiatr wieje, mak się kołysze, a ja robię zdjęcia. Dzięki pomocy Mateusza i jego rozpostartego polara może uda się zrobić choć jedno nieporuszone ujęcie.
            Po ciężkim dniu i nocy, w końcu kładziemy się spać o 05.30 nad ranem i śpimy do 14.00 rezygnując ze śniadanie i obiadu. Pomimo, że pogoda dalej jest dość wietrzna planujemy kolejne wypłynięcie. Zaczynamy powoli odczuwać nadchodzący koniec naszej arktycznej eskapady.
            Pomimo zbliżającego się wieczoru, o 18.00 wybieramy się z Mateuszem na zwiedzanie doliny REVDALEN i skrytego w jej głębi niewielkiego jeziora REVVATNET, idziemy tylko w dwie osoby, Adam odsypia zaległości. Droga jest dość uciążliwa, szeroko rozlane wody wypływające spod lodowca ARIEBREEN nasączają całą tundrę zimną wodą. Idziemy jak po mokrej nasiąkniętej gąbce. Grząskie, błotniste obszary tundry tworzą trudne do przejścia zapory. Po 2 godzinach podchodzenia pod wysoko położony wylot doliny wreszcie jesteśmy u jej szeroko otwartego ujścia. Od razu spotyka nas miła niespodzianka, znajdujemy niewystępujące niżej gatunki roślin, zwłaszcza pięknie wybarwiony krwiście czerwony mech, rosnący tuż przy niewielkich ciekach wodnych. W głębi doliny spotykamy niewielkie stadko, około 8-10 sztuk, reniferów. W sumie nic specjalnie ciekawego do czasu, gdy zorientowaliśmy się że stadko to 4 samice z młodymi urodzonymi dwa miesiące temu. Przerywamy wędrówkę i zaczyna się fotografowanie. Okazało się, że samice z młodymi są niezwykle czujne i nie pozwoliły na zbyt  bliskie podejście. Musieliśmy się zadowolić fotografowaniem z odległości 30-40 metrów. Zadowoleni z kolejnych zrobionych zdjęć ruszyliśmy do celu naszej wędrówki, czyli lodowcowego jeziora. Po dotarciu na miejsce okazało się, że powierzchnia wody jest w dalszym ciągu zamarznięta. Zrobiliśmy krótki odpoczynek i ruszamy w drogę powrotną. Nieco zgrzani i zmęczeni już po 1,5 godzinie, około 23.00 dotarliśmy do stacji. Szybka kolacja, gorący prysznic i kończymy kolejny dzień wyprawy.

26.06.06 poniedziałek – 24 dzień wyprawy
            Zgodnie z planami wstajemy dzisiaj na tyle wcześnie żeby zdążyć na śniadanie. Po  posiłku i obowiązkowej kawie zaczynamy przygotowania do wypłynięcia. Płyniemy na fotografowanie ptaków w okolicach GNALA. Po wypłynięciu na otwarte wody fiordu okazało się, że nie jesteśmy odpowiednio przygotowani do panujących warunków pogodowych. Wiejący silny wiatr spowodował dużą i ostrą falę. Przebijanie się przez zwały wody zalewało nasze plecaki ze sprzętem fotograficznym. Ratując sprzęt, rozpaczliwie zaczeliśmy wyciągać osłony przeciwdeszczowe. Na małym, kołyszącym się i zalewanym wodą pontonie było to dość karkołomne zadanie.
            Wreszcie po przeszło godzinie płynięcia docieramy do celu. Już z daleka słychać jazgot mew krążących wokół gniazd. Adam z Mateuszem wybierają się na skalną ścianę spróbować fotografować mewy trójpalczaste, ja zafascynowany nowo odkrytymi gatunkami roślin pozostaję w strefie brzegowej. Aż dziw bierze jak tak niewielka odległość wpływa na różnorodność gatunków zamieszkujących tundrę i nadmorskie skały.
            Pod Gnalem zwiedzamy niewielki stary hus. W sumie po obejrzeniu kilku poprzednich, nie robi na nas większego wrażenia. Ot hus jak hus, oczywiście robimy zdjęcia, ale bez większych emocji. O 16.00 podejmujemy decyzję o powrocie. Pomni doświadczeń, tym razem dokładnie zabezpieczamy nasz ekwipunek. Plecaki pozaciągane osłonami i wsadzone w grube worki foliowe, worki ze statywami i plecaczkami z ciuchami zawiązane a całość, łącznie z bronią w pokrowcach, mocno powiązana i przymocowana do pontonu. Nikt tego głośno nie mówi, ale liczymy się z możliwością wywrotki, zwłaszcza przy przybijania do brzegu. Droga powrotna mija jednak bez większych problemów.
            Kłopoty zaczynają się tuż przy stacji, od lądu oddziela nas kilkumetrowy pas brył lodowych. Próbujemy przepłynąć, rozpychając lód pagajami. Nic z tego, wielkość brył uniemożliwia normalne przepłynięcie. Pozostała jedyna metoda, wskakuję z Mateuszem do wody, całe szczęście że jest tylko do pasa, i ciągniemy ponton starając się nie doznać kontuzji. Ryzyko zranienia jest realne, ciężar brył dochodzi do 300-400 kg i przy lekko falującej wodzie stanowią poważne zagrożenie zgniecenia lub połamania nóg. Szczęśliwie wszystko kończy się pomyślnie i przy pomocy kolegów pracujących w hangarze błyskawicznie wyciągamy ponton na specjalnie przygotowane miejsce.
            Po całym dniu, wymęczeni i zziębnięci meldujemy się na stacji. Oczywiście, zgodnie z tradycją stacyjną, posiłek czeka na nas w oddzielnym garnku. Nic nie smakuje tak bardzo jak, ciepły obiad po całym dniu na wodzie w temperaturze nie nie przekraczającej 2-3 stopni.
            Wieczorem mamy małe urozmaicenie życia stacyjnego. W odwiedziny przypłynął polski jacht „Panorama” którego załoga złożyła nam kurtuazyjną wizytę. W miłej atmosferze minęły dwie godziny, na żeglarskich opowieściach. Od kapitana otrzymaliśmy informację o rozległym paku lodowym rozciągającym się w pobliżu Hornsundu, na potwierdzenie zgłosiła się załoga francuskiego jachtu który poinformował nas, że nie jest w stanie dopłynąć do fiordu z powodu zalegającego lodu. Żegnamy żeglarzy ruszających w dalszą drogę i kończymy dzień przy TV oglądając mecz.

27.06.06 wtorek – 25 dzień wyprawy
            Na dziś zaplanowaliśmy mały rekonesans paku lodowego. Zawsze jest możliwość że na lodzie zaplątały się grupy fok lub zabłąkane niedźwiedzie. Po śniadaniu staramy się wyruszyć, ale okazało się że całe wybrzeże zostało zablokowane wielkimi bryłami lodu. Nie ma szans przepchać pontonu między nimi. Próbujemy przeciągnąć ponton górą, po lodzie. Ta koncepcja okazała się słuszna, wspólnym wysiłkiem przeciągneliśmy ponton z całym naszym fotograficznym dobytkiem na otwarte wody. Blisko 3,5 godziny pływamy wzdłuż lodowego paku. Niestety nie znajdujemy ani fok ani niedźwiedzi, za to mieliśmy sporo zajęcia przy wyszukiwaniu wolnych kanałów wodnych pomiędzy wielkimi krami i górami lodu. Przygodę z pływaniem w lodzie kończymy tuż przed 14.00. akurat na czas aby po wyciagnięciu pontonu na brzeg zdążyć na obiad.
            W międzyczasie otrzymaliśmy od Kasi (ornitologa) wiadomość, że nie może odszukać biegusa wysiadującego jajka a w monitorowanym gnieździe śnieguł pojawiły się już maleńkie śniegułki. Postanawiamy sprawdzić co się stało z biegusami. Nie wiemy czy wyprowadziły już lęgi czy też skończyły swój żywot w lisim pysku. O 16.00 całą trójką wyruszamy w drogę. Dość szybko odnajdujemy gniazdko biegusa. Najprawdopodobniej ze złożonych 4 jajek wykluły się 3 pisklaki i samica wyprowadziła je z gniazda pozostawiając jedno jajko.
            Kolej na następną ptasią wizytę. Powoli zmierzamy w kierunku grupy skał zamieszkałych przez śnieguły. Te niewielkie ptaki mają ściśle wytyczoną granicę bezpieczeństwa wokół swojego, ukrytego w głębokiej skalnej szczelinie, gniazda. Siedząc spokojnie w odległości nie mniejszej niż 5 metrów, nie wzbudzamy ich zainteresowania czy też niepokoju. Obserwujemy te sympatyczne ptaszki jak uwijają się przy karmieniu nowowyklutych piskląt i próbujemy robić zdjęcia. Niestety zbyt duża odległość nie pozwala na zrobienie zdjęć innych niż zdjęcia - „ptak w swoim środowisku”. Mocno zziębnięci wracamy do bazy, gdzie czeka na nas gorąca kawa i wyszperane w zamrażarce zeszłoroczne lody waniliowe.
            Pogoda za oknem zaczyna się powoli zmieniać. Chmury powoli znikają, jest już 6/8 zachmurzenia i zaczyna prześwietlać słońce. Jedynie wiatr zmieniając kierunek spowodował korkowanie się fiordu lodem. Mamy nadzieję, że mimo wszystko lód się rozejdzie i umożliwi planowe przypłynięcie statku z zaopatrzeniem, którym mamy popłynąć do Longyer, rozpoczynając kończącą wyprawę podróż do Polski.

 28.06.06 środa – 26 dzień wyprawy
           Ranek przywitał nas niestety bardzo złymi warunkami pogodowymi. Jest pełne zachmurzenie, dość silny wiatr i co gorsze, prawie cały fiord został zatkany lodem. W okolicach bazy jest co prawda nieco wolnej od lodu wody, ale wszystkie kierunki wylotowe z fiordu są zablokowane. Mamy nadzieję, że pak lodowy nie zablokuje „Horyzonta”, nasz zapas czasu w Longyer to tylko 16 godzin, jeśli opóźnienie będzie większe, samolot do Tromso odleci bez nas.
            Po śniadaniu snujemy się po bazie bez konkretnych planów. Płynąć pontonem się nie da a dalsze wyjście pieszo ze względu na kiepską pogodę nie wchodzi w grę. Postanawiamy odrobić zaległości w spaniu oraz nieco zregenerować nadwątlone siły i idziemy spać do samego obiadu.
            Po obiedzie dzielimy się bronią (wraz z napłynięciem lodu wzrasta ryzyko spotkania niedźwiedzi) i każdy z naszej trójki rusza w swoją stronę. Ja brzegiem morza powędrowałem w kierunku jeziorek z berniklami a następnie w kierunku masywu Fugla, fotografować alczyki. Mateusz nastawił się na fotografowanie rodzin bernikli i cały czas spędził nad jeziorkami. Adam ambitnie ruszył do wylotu doliny, pełen nadziei na choćby odrobinę światła pozwalającą wyczarować piękno górzystego krajobrazu.
            W trakcie prawie czterogodzinnej wędrówki uśmiechnęło się do mnie szczęście. Zaraz po zejściu nad brzeg fiordu natknąłem się na parę płatkonogów. Oczywiście nastąpiła szybka sesja i po chwili ruszyłem w dalszą drogę bogatszy o kilka ujęć tych niewielkich ptaszków. Przy mijanych
jeziorkach spotkałem dwie gęsie rodziny. Niestety, były zbyt płochliwe i poderwały się do lotu już w odległości 100 metrów. Niezrażony, ruszyłem do alczyków. Na te ptaki zawsze można liczyć, jeśli tylko wiatr nie jest dla nich zbyt silny. Wtedy ewakuują się na wody fiordu i otwartego morza. W drodze do alczykowej kolonii mijam ospałego samca renifera ze wspaniałym porożem. Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu byłaby to wielka atrakcja, teraz robię mu jedno zdjęcie i rozstajemy się bez nadmiernego żalu. Podczas długiego i monotonnego podejścia do zbocza usłyszałem nietypowe jak na alczyki dźwięki. Okazało się, że wśród alczyków rozsiadło się stadko 10 sztuk gęsi bernikli które dały podejść do siebie na 20-30 metrów. Wykorzystuję sytuację i kolejne zdjęcia zapełniają kartę pamięci w aparacie. Wreszcie dochodzę do alczyków. Najważniejsza sprawa to znaleźć odpowiednie miejsce do „zasiadki”.  Wystarczająco wygodne aby przesiedzieć bez ruchu minimum dwie godziny a jednocześnie odpowiednio dobrane pod względem fotograficznym. Tym razem nastawiłem się wyłącznie na zdjęcia akcji. Po trzech godzinach fotografowania ujęć mam co prawda niewiele ale za to są dość dynamiczne.
            Na stacji złe wiadomości, otrzymaliśmy komunikat ze statku „Polar Star”, że pole lodowe szczelnie odcięło nas od morza Grenlandzkiego i przebicie się naszego statku zaopatrzeniowego stoi pod dużym znakiem zapytania. Trochę nas to zaczyna martwić. Bilety lotnicze mamy wykupione na konkretny termin i jakakolwiek zwłoka oznacza dla nas dość duże, nieprzewidziane wydatki finansowe. Cóż, mamy jeszcze 1,5 doby do planowanego zawinięcia „Horyzonta”, może wiatr się odwróci i oczyści przejście z lodu. I tak możemy tylko czekać.

29.06.06 czwartek – 27 dzień wypraw
            Wstajemy na śniadanie i od razu psuje nam się humor. Jest paskudnie zimno i mokro. Przy lekkim wietrze leje deszcz i nie ma co myśleć o wychodzeniu w teren. Sytuacja lodowa wciąż jest dość poważna. Fiord zapchany lodem w 95% i odcięty od czystej wody morza Grenlandzkiego 15 milowym pasem paku. „Horyzont” wciąż płynie do nas. Z ostatniej rozmowy radiowej wynikło, że są w odległości 150 mil morskich od Hornsundu. Mniej więcej za 12 godzin dojdzie do skraju pływającego lodu, cóż zobaczymy jak rozwinie się sytuacja.
            W związku z kiepską pogodą, do południa spędzamy czas na spaniu – aż do samego obiadu.  Po południu pogoda zaczyna się powoli zmieniać. Chmury rzedną i prześwituje słońce, żeby tylko przestał padać deszcz. Około 16.00 deszcz osłabł do tego stopnia, że można wyjść w teren bez szkody dla sprzętu. Adam rusza na krajobrazy, Mateusz kontynuuje podchodzenie bernikli a ja zaczynam od fotografowania zalodzonego fiordu a kończę na spotkaniu z biegusami i płatkonogami.
            Nie spodziewałem się tak licznego ptasiego towarzystwa na plaży, ale odpływ ma swoje prawa. Cofająca się woda odsłania wodorosty co stwarza raj dla ptaków. Zlatują się z całej okolicy i intensywnie żerują. Są tak zaabsorbowane pochłanianiem jedzenia że przy odrobinie cierpliwości i ostrożności można podejść do nich na odległość 2-3 metrów. Spędzam na plaży dwie godziny robiąc w sumie około 100 zdjęć, oczywiście po selekcji zostanie nie więcej jak 10-20 ujęć. Niestety, żerujące ptaki są niewielkie i bardzo ruchliwe, wstrzelenie się z ciekawym kadrem wymaga sporo szczęścia. W drodze powrotnej do bazy odwiedzam stanowisko maka polarnego, miałem nadzieję na powtórzenie zdjęć. Poprzednie były robione w bardzo kiepskich warunkach pogodowych, co widać na zdjęciach. Okazuje się, że w tutejszych warunkach zdjęcie można zrobić od razy albo… wcale. Po maku pozostało tylko wspomnienie, jest całkowicie zniszczony przez ostatnio panujące warunki pogodowe. Na pociechę robię kilka ujęć pięknie kwitnących skalnic i wracam do stacji.
            Dobry nastrój przerywa nam wiadomość przekazana przez radiotelefon z „Horyzonta”. Lód uniemożliwia dopłynięcie do naszej stacji polarnej w Hornsundzie. Statek zmienił trasę i spróbuje dotrzeć do nas za tydzień, jak cofną się lody. Dla polarników to tylko kilkudniowa zwłoka ale nam runęły całe plany powrotu. Perspektywy są kiepskie, nie zdążymy na samolot do Tromso (bilety przepadną), nie mamy środka transportu ani do Longyer ani do Norwegii. Najbliższy statek który płynie do Norwegii będzie przepływał koło stacji za 1,5 tygodnia, czyli grubo po zakończeniu naszych urlopów. Wszystko wskazuje na to, że spóźnimy się do kraju o 2 tygodnie i dodatkowo będziemy musieli pokryć koszty transportu morskiego. Cóż, Arktyka pokazała nam na koniec „kto tu rządzi”.
            Reszta dnia mija typowo, pisanie e-maili, uzupełnianie notatek z podróży, przeglądanie i selekcja zdjęć. Na koniec trochę TV i kończymy kolejny nieco nerwowy dzień wyprawy, typowo około 03.00 nad ranem.

30.06.06 piątek – 28 dzień wyprawy
           
Dzisiaj kolejny raz rezygnujemy ze śniadania. Niestety nocne posiedzenia trzeba kiedyś odespać a przedpołudnie jest do tego najlepszą porą. Błogi sen przerywa nam Andrzej (kierownik wyprawy) zła informacją. Biuro gubernatora nie przewiduje żadnych lotów śmigłowcowych w okolicach stacji. W związku z czym nie mamy możliwości dostać się do Longyer na nasz samolot. Cóż trzeba trochę poimprowizować żeby jakoś wrócić do kraju. Wiadomo że na czas już nie zdążymy i koszty podróży na pewno będą sporo wyższe.
            Dzisiaj mija kolejny piątek na stacji a co za tym idzie kolejny raz na stole pojawia się ryba. Dwa potężne łososie wylądowały, pokrojone w dzwonka, na patelni napełniając całą stacje zapachem smażonej ryby. Dla wszystkich to przysmak, dla mnie pretekst do wyjścia ze stacji i długiego spaceru poza jej obrębem.
            Pogoda zafundowała nam dzisiaj niespodziankę. Po raz pierwszy od początku naszego pobytu na Spitsbergenie jest pogodnie, świeci łagodnie słońce i co najważniejsze zupełnie nie ma wiatru. Wymarzone dla mnie warunki na robienie makro. Kolejny raz rozchodzimy się w terenie, każdy idzie w swoją stronę fotografować to co najbardziej lubi. Mateusz wytrwale „poluje” na gęsi bernikle, przepuszczając przez aparat rolkę slajdu za rolką. Adam skuszony ładnymi, słonecznymi widokami wybiera się na szczyt masywu Fuglebyerd (w skrócie na Fugla), a ja wędruję brzegiem morza w poszukiwaniu nowo rozkwitłych gatunków roślin.
            Całkiem normalnie zapowiadające się poszukiwania roślinek zostały przerwane atakiem rybitw. Wszedłem na rozległy obszar pokryty kamieniami gdy kilka rybitw zaczęło ostro pikować na moją głowę. Całkowita dezorientacja. Gdziekolwiek pójdę, prowokuję kolejne rybitwy do ataku. Postanowiłem przeczekać ich agresję, wystawiłem statyw nad głowę i czekałem. Po kilku minutach wszystko się uspokoiło. Podjąłem wędrówkę ale znowu sprowokowałem tym zaciekły atak. Sytuacja zrobiła się nieco dziwna, gdziekolwiek się nie ruszę prowokuje kolejne rybitwy do ataku. W końcu udało mi się zlokalizować kilka rybitwich gniazd z siedzącymi na jajkach ptakami. To one podrywały się do ataku wraz z siedzącymi w pobliżu partnerami przy każdym moim ruchu. Powoli robię kilka zdjęć i po wybraniu drogi jak najdalszej od któregokolwiek gniazda wycofuję się z tego ptasiego rewiru.
            Kolejne kilka godzin to już lokalna klasyka. Wędrówka po podmokłej tundrze, wspinanie się na wypiętrzenia metamorficznych ostrych skałek i ciągłe zdejmowanie i zakładanie sprzętu fotograficznego na plecy, przy każdej napotkanej ciekawej roślince. W lokalnych warunkach okresy kwitnienia są tak krótkie że z każdym tygodniem można znaleźć zupełnie nowe kwitnące gatunki roślin. Na samo zakończenie wędrówki natykam się na stadko bernikli, niestety podejście tych ptaków jest praktycznie niemożliwe. Przy najmniejszej oznace zagrożenia, oddalają się wraz z młodymi szybkim krokiem w kierunku pobliskich oczek wodnych i mokradeł.
            Po powrocie do bazy okazało się, że Adam zaplanował powrót dopiero na 03.00 z górskiej wędrówki. Twardziel, nie przewidział tylko załamania się pogody. Niebo zasnuły nadciągające od południa chmury, przysłaniając szczyt Fugla. Na zakończenie dnia zdjęciowego mamy jeszcze jedno wyjście w teren. Nad brzegiem fiordu pojawiły się kolorowe meduzy. Próbujemy je fotografować, niestety są zbyt małe a falująca woda dodatkowo psuje efekt. Na osłodę robimy trochę zdjęć krajobrazowych, wykorzystując podświetlenie słońcem górskich zboczy po przeciwnej stronie fiordu.
            W końcu wracamy do bazy. Na dziś pozostało nam już tylko napisanie maili z prośbą o zarezerwowanie Norbjorna na rejs do Tromso, przegląd i selekcja zdjęć oraz porobienie planów na najbliższe dni. Nie wiadomo kiedy, znowu mija 04.00 nad ranem.

01.07.06 sobota – 29 dzień wyprawy
            Wstajemy o 13.30. Obiad paskudny, wywar z boczku z cebula w plasterki z grzankami i jakieś rozgotowane mięso z warzywami. Pogoda kiepska, 8/8 i silny wiatr. Cały dzień spędzamy w bazie przed ekranem komputera i TV. Warunków do fotografowania nie było a pakować się nie ma sensu skoro wypływamy w najlepszym wypadku za 10 dni.

 


Wyprawa Spitsbergen - wstęp

Przez Szwecję i Norwegię w drodze na Spitsbergen     Droga powrotna i koniec wyprawy