Droga powrotna i koniec wyprawy
02.07.06
niedziela – 30 dzień wyprawy
O 13.00 zostaliśmy wyrwani ze snu elektryzującą wiadomością - "w
fiordzie jest kuter rybacki". Nie zrobiło to jednak na nas wrażenia i
próbujemy spać dalej. Kolejne wiadomości są jednak bardziej
interesujące. Okazało się że w fiordzie kotwiczy nie kuter
ale norweski statek badawczy m/v LANCE przystosowany do
pływania w lodzie, który za pomocą śmigłowca wymienia beczki
z paliwem lotniczym zdeponowane koło stacji.

Dzięki staraniom Andrzeja (kierownika wyprawy polarnej PAN) załoga
śmigłowca odwiedziła nas na lunch a ja z Adamem mamy możliwość zabrać
się z nimi statkiem do Longyer. Według planów mają dotrzeć
do
portu za 24 godziny i jest szansa że zdążymy jeszcze na nasz samolot do
Tromso. Pakowanie nie zajęło nam więcej niż 0,5 godziny i jeszcze
zdążyliśmy zjeść ostatni lunch na stacji.
Krótkie pożegnanie z ludźmi z którymi spędziliśmy
ponad 3
tygodnie i śmigłowiec przerzucił nas na statek, gdzie zostaliśmy
zakwaterowani w wolnej kabinie szpitalnej. Już od pierwszej chwili było
widać że ta jednostka to zupełnie inny standard niż NORBJORN. Wszystko
czyste i sprawne, żadnych pourywanych kabli czy cieknących rur.
Punktualnie o 15.00 ruszyliśmy, morze spokojne, nie kiwa, choroba
morska jeszcze nas nie atakuje.
Około 10 km od Hornsundu wpływamy w gęste pole lodowe, to przez
które nie mógł przebić się HORYZONT. Prędkość
wyraźnie
spadła, ale statek dzielnie płynie rozpychając na boki i miażdżąc
potężne płyty lodu. Po nerwowej atmosferze ostatnich dni sytuacja się
ustabilizowała. Płyniemy do Longyer, akumulatory do aparatów
się
ładują, w kabinie ciepło. Nie pozostaje nam nic innego jak położyć się
spać, podróż szybciej minie.
03.07.06
niedziela – 31 dzień wyprawy
Już o 08.00 pukanie do drzwi budzi nas na śniadanie. W zasadzie mamy
zamiar
zrezygnować z posiłku, gdy kolejna informacja stawia nas na
nogi, już o 09.00 będziemy na redzie portu i mamy być z bagażami na
pokładzie gotowi do drogi. Jemy błyskawiczne śniadanie i punktualnie o
09.00 odpływamy
małą łodzią ze statku do pobliskiego nabrzeża. Pozostało nam już tylko
pokonanie 3 km do lotniska, z bagażami na plecach, "okazja"
złapana przez Adama rozwiązała problem. Samochodem podjeżdżamy
bezpośrednio przed wejście do sali odpraw. Po kilku godzinach czekania
startujemy i bez sensacji dolatujemy do Tromso gdzie czeka na nas
pozostawiony samochód i perspektywa 6 dniowej
podróży przez Norwegię i Szwecję.
Po analizie drogi rezygnujemy z pomysłu zwiedzenia VARANGER w
północnej Norwegii. Jest tam zbyt daleko, musielibyśmy
nadłożyć 1600 km drogi. W zamian decydujemy się odwiedzić LOFOTY i
kolejne kilka godzin spędzamy w samochodzie jadąc do przystani
promowej.
04.07.06
poniedziałek – 32 dzień wyprawy
Lekko zmęczeni docieramy o 03.00 do MELBU, skąd po kilku godzinach
drzemki w samochodzie planujemy popłynąć do FISKEBOL i tam zacząć naszą
przygodę z Lofotami. Już klasycznie, udaje nam się wstać około 13.00.
Toalety są przy parkingu, więc z myciem nie ma większych
problemów. O 14.00 odpływa nasz prom, pogoda
kiepska, pełne zachmurzenie, wieje wiatr i co chwilę pada przelotny
deszcz.
Po dopłynięciu do wysp, cały dzień jeździmy tutejszych po miasteczkach
i wioskach. Wybieramy najmniejsze lokalne drogi i docieramy do wiosek
składających się z 4-5 domostw. Na zwiedzaniu czas minął nam tak
szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się 02.00.
05.07.06
wtorek – 33 dzień wyprawy
Tym razem stajemy na nocleg przy drodze koło maleńkiej wioski NUSFJORD.
Wybraliśmy miejsce dobrze osłonięte przed wschodzącym
słońcem, które oślepia i zmienia nasz samochód w
saunę. Spanie w tak nagrzanym aucie jest wręcz niemożliwe. Już
o 12.30 pobudka, chmurek na
niebie niewiele, świeci słońce i wieje leciutki wiaterek. Pogoda
zmieniła się w ciągu "nocy" o 180 stopni. Główne zadanie to
znaleźć jakiś sklep, nasze zapasy żywności są dość szczupłe i
koniecznie musimy je uzupełniać przynajmniej o pieczywo.
Po śniadaniu ruszamy na dalsze zwiedzanie i fotografowanie lokalnych
atrakcji. Odwiedzamy główne miasteczka Lofotów
(Hamnoy, Reine, A, itd.) Niestety słońce świeci bardzo mocno i
kontrasty na zdjęciach wychodzą straszliwe. Obawiamy się że wszystkie
zdjęcia z Lofotów będą nadawały się wyłącznie do kategorii
"cyknięte w podróży". Bardzo widoczne staje się zjawisko
przerabiania miasteczek na Lofotach w mini skanseny pod
turystów. Pełna komercja. Na koniec pobytu na wyspach
jedziemy obfotografować najstarszy tutejszy kościół z 1780
roku w FLAKSTAD.
06
- 08.07.06 – 34-36 dzień wyprawy
O
godzinie 00.15 rozpoczynamy drogę powrotną do domu. Pierwszy etap to
prawie 3 godzinna podróż promem z MOSKENES do BODO. Po
dopłynięciu do stałego lądu będziemy mogli wreszcie powiedzieć
"jedziemy do domu".
Powrót przez Szwecję nie robi już na nas większego wrażenia.
Krajobrazy, po Spitsbergenie i Norwegii, wydają się monotonne i czasami
wręcz nudne. Mijane jeziorka i oczka wodne o podmokłych brzegach są
zwykle niedostępne i o umyciu się w nich nie ma mowy a roje meszek i
komarów zatruwają nam życie.
Staramy się wybierać drogi lokalne, czasu na jazdę mamy pod dostatkiem
a oglądanie krajobrazów z perspektywy drogi ekspresowej
jakoś nas nie pociąga. Każdy dzień mija nam niemal tak samo. 10 godzin
snu w nagrzanym, zaparowanym samochodzie, 2 posiłki składające się z
kanapek z konserwą lub dżemem i jazda przerywana krótkimi
postojami na robienie zdjęć.
Wreszcie 08 lipca około 13.00 docieramy do NAMYSHAMN. Wreszcie idziemy
zjeść coś normalnego. Na jednej z ulic znajdujemy pizzerię prowadzona
przez Turków. Za jedyna 44 korony (cóż to jest
wobec 95
koron za hotdoga w Moskenes) kupujemy pizze. Krótko po 16.00
ładujemy się na prom i pozostało nam już tylko czekać 20 godzin na
dopłynięcie do Gdańska.
09.07.06
niedziela – 37 OSTATNI dzień wyprawy
O
12.30 zjeżdżamy z promu w Gdańsku i ruszamy do Warszawy, dokąd
docieramy po 7 godzinach drogi w korkach i upale. Akurat zdążyłem na
ostatni ekspres do Krakowa. Krótkie pożegnanie z Adamem i
można
przyjąć że wyprawa na Spitsbergen została zakończona.
Przez Szwecję i Norwegię w drodze na Spitsbergen Spitsbergen - stacja polarna w Hornsundzie