Przez Szwecję i Norwegię w drodze na Spitsbergen

 

03.06.06 sobota - 1 dzień wyprawy
  
          Po długich przygotowaniach w końcu spotykamy się w Warszawie, która jest dla nas punktem startowym do wyprawy. Po zabraniu mnie z dworca PKP i Mateusza z jego mieszkania jesteśmy w komplecie u Adama, gdzie Iwona podejmuje nas ostatnia kawą przed wyruszeniem w drogę. Po kawowej przerwie zaczynamy pakować nasz główny środek transportu, Toyotę RAV4. Góra worków z ciuchami, plecaków ze sprzętem fotograficznym, kartonów z jedzeniem piętrzy się obok samochodu. Jak to wszystko się zmieści? Pół godziny kombinowania i samochód nieco przysiada na resorach, ale zmieściło się wszystko, włącznie z nami. Chwila na ostatnie pożegnanie i RUSZAMY.
            Droga do Gdańska mija nam szybko, zwłaszcza, że po drodze odwiedzamy "Ostatni zajazd”, w którym serwują doskonałe kartacze. Nic nie jest w stanie powstrzymać nas od zjedzenia ostatniego normalnego posiłku na długi, długi czas. Kolejny krok to zamustrowanie na prom do Sztokholmu. Szybkie ustawienie samochodu i wyjście na pokład pasażerski. Tu popełniamy pierwszy błąd. Zwiedzeni wygodą foteli rezygnujemy z zabranych z samochodu śpiworów i karimat i odnosimy je z powrotem do bagażnika. W efekcie, po kiepsko przespanej nocy wstajemy zmęczeni i z obolałymi mięśniami.

04.06.06 niedziela - 2 dzień wyprawy
             O 05.00 słońce budzi nas, świecąc niemiłosiernie prosto w oczy. Dookoła, na całym pokładzie, wszyscy śpią wygodnie w śpiworach a my prostujemy kości poskręcane nocą spędzoną na fotelach. O 12.00 dobijamy do Sztokholmu i w kilkanaście minut wyjeżdżamy na nabrzeże. Pierwszy kontakt ze Szwecja to policjant stojący przy bramkach wyjazdowych z alkotestem w ręce. Zapada szybka decyzja, Adam po wypiciu wieczornego piwa ma wątpliwości, co do norm obowiązujących w Szwecji i na oczach policjanta dokonujemy widowiskowej zamiany za kierownicą. Perspektywa prowadzenia nowego samochodu przez stolicę Szwecji wprawia mnie w lekki niepokój.
            14.30 robimy postój w m. ARLANDA na przydrożnym parkingu. Szykujemy pierwszy "polowy" obiadek. Adam serwuje klopsiki, czyli miks warzywno-mięsny z chlebkiem konserwowym. Potrawa lekko przyprawiona głodem jest doskonała. Parę minut odpoczynku i ruszamy w dalsza drogę. Dzisiaj do zrobienia pozostało nam jeszcze około 700 km. Jedziemy non stop z króciutką przerwą na kolacje. Mija 22.00, 23.00, 24.00 a słońce zachodzi powoli z wyraźnym ociąganiem, wreszcie znika pod horyzontem, ale na dworze jest widno - typowa polska szarówka.

05.06.06 poniedziałek - 3 dzień wyprawy
            Kolejny dzień wyprawy zaczyna się w trakcie jazdy - każda mijająca minuta przybliża nas do tej wymarzonej północy. Około 01.00 mocno zmęczeni, zaczynamy rozglądać się za miejscem do rozbicia pierwszego biwaku. Po półgodzinnych poszukiwaniach znajdujemy śliczny zakątek nad brzegiem jeziora, oddalony od głównej drogi o kilkaset metrów (64st 00,325' N, 015st 30,927'E). Błyskawicznie rozstawiamy namiot, szybka toaleta w jeziorze i w końcu możemy się przespać. Już o 10.00 pobudka. Przy myciu  zębów w jeziorze, dostrzegamy jak bujne jest tam życie zwierzęco-roślinne. W kubkach widzimy wodę z wirującymi w niej żyjątkami i kawałki glonów. Człowiek odruchowo zaczyna mocniej cedzić ją między zębami. Szybko zwijamy obozowisko i już o 10.50 ruszamy w dalszą drogę. Kierunek Norwegia.
            Mimo pośpiechu żołądki okazały się ważniejsze, po godzinie jazdy musimy stanąć na lekkie śniadanie. 2-3 kromki z konserwą zaspakajają głód i pozwalają kontynuować podróż. W międzyczasie pojawił się inny problem, zaczyna nam brakować paliwa i wody do picia. Wszystkie mijane stacje benzynowe są automatyczne (bezobsługowe) i płatne kartą płatniczą. Nie chcemy ryzykować utraty dostępu do pieniędzy w razie "połknięcia" karty. Jedziemy dalej licząc na normalną stację w jakimś większym miasteczku.
            W m. GADDEDE przekraczamy granice i już jesteśmy w Norwegi. W jednej z mijanych miejscowości (w m. NORDLI)  Adam wypatrzył niewielki kościółek. Oczywiście zatrzymujemy się i zaczynamy naszą pierwszą sesję
fotograficzną w trakcie wyprawy. Na super ujęcia nie ma co liczyć, ale trochę dokumentów powstało. Ruszamy dalej i wjeżdżamy do m. NAMSSKOGAN. Wreszcie miasto z normalną stacją benzynową. Radość powszechna, bo w baku zaczynało być już pustawo. Po zatankowaniu do pełna korzystamy z przerwy w podróży i szykujemy obiad. Tym razem pod nóż idą słoiki z fasolka i oczywiście nasz "wojenny" chleb. Najedzeni i wypoczęci już o 17.30 ruszamy w dalszą drogę, w kierunku wybrzeża. Niestety szybka podróż przez Norwegię jest niemożliwa z uwagi na ilość atrakcyjnych tematów do fotografowania. Chwile po ruszeniu mijamy pełen uroku wodospad z usytuowanym tuż przy nim parkingiem. Nie jesteśmy w stanie mu się oprzeć i kolejne 30 minut poświęcamy na fotografowanie.
            Poganiani przez uciekający czas, już bez postojów, jedziemy do przystani promowej w m. HORN i zabieramy się ostatnim promem do m. ANNDALSVAGEN. Po przepłynięciu fiordy jedziemy bez pośpiechu na kolejną przystań promową - wiemy ze dzisiaj już promu nie będzie, więc nie mamy się do czego śpieszyć. Tuż przed północą dojeżdżamy do m. FORVIK

06.06.06 wtorek - 4 dzień wyprawy
            Tym razem nocujemy w Forviku na parkingu przy przystani promowej. Namiot rozstawiamy wprost na asfalcie a od placu manewrowego Adam odgradza nas zaparkowanym samochodem. Karimaty na podłogę, śpiwory na wierzch i ja z Mateuszem znikamy w namiocie a Adam układa się na rozłożonych siedzeniach samochodowych.
            Z namiotu już około 10.00 wygoniło nas prażące słońce. Temperatura na zewnątrz 12 st C powodowała upał i duchotę uniemożliwiające dalsze spanie. Powoli zaczyna doskwierać nam brak mycia. Jedziemy na poszukiwania jakiegoś campingu z dostępem do pryszniców. Niestety bezskutecznie. Czas pozostały do odpłynięcia promu wykorzystujemy na robienie zdjęć w przystani rybackiej, jednak, nowoczesne motorówki i kutry nie dają szans na złapanie "klimatu" w kadrze.

            W końcu nadpływa wyczekiwany prom. Szybki wjazd na pokład, opłacenie biletów i już o 11.20 płyniemy do m. TJOTTA, skąd chcemy przejechać do kolejnej przystani promowej w m. LEVANG, tak żeby jak najszybciej dostać się na prom wiozący nas do m. NESNA. Jednak po drodze zauważamy duży, profesjonalnie wyglądający (czyli niesamowicie drogi) camping. Wizja prysznica pcha nas do spróbowania czy nie da się jakoś umyć z ominięciem kosztów. Chwila rozmowy z pracownikiem campingu i załatwione, mamy zgodę na korzystanie z pryszniców za darmo!!! Pierwszy prysznic od wyruszenia z Warszawy, mydło, szampon i gorąca woda zdecydowanie poprawiają nam nastrój. Na dopełnienie szczęścia przejeżdżając przez m. SANDESSJOEN znajdujemy bankomat. Wreszcie mamy gotówkę! Już o 18.30 dojechaliśmy do kolejnej przystani promowej w m. KILBOGHAMN. Miasto nie robi na nas większego wrażenia i bez żalu ładujemy się na kolejny prom, którym chcemy przepłynąć do m. JEKTVIK. W trakcie tej przeprawy promowej niespostrzeżenie przekraczamy koło polarne. Jesteśmy na prawdziwej północy, ale temperatura wynosi około 10 stopni.
            Zaczynamy odczuwać coraz większe znużenie drogą. Widoki rozpościerające się za oknami samochodu już tak nie cieszą a ciągłe siedzenie w samochodzie połączone ze zmianą rytmu spania powodują bóle głowy. Znowu powtarza się cały scenariusz. Dopływamy do przystani, jedziemy kilka kilometrów i znów pakujemy się na prom. Tym razem chcemy się dostać z m.  AGSKARET do m. FOROY. Jedziemy w kierunku kolejnej przeprawy promowej w m. BOGNES, szukając po drodze miejsca na nocleg. Niestety wydaje się to niemożliwe do zrealizowania. Wszędzie albo stoi woda, albo zalegają kamienia, albo piętrzą się skały. Tak niespostrzeżenie mija kolejna doba podróży.

07.06.06 środa - 5 dzień wyprawy
            Wreszcie około 40 km przed Bognes udaje nam się wyszukać kawałek placu koło drogi. Pomimo ze teren jest nierówny, trochę kamienisty i miejscami wilgotny, błyskawicznie rozbijamy namiot na niewielkim wzniesieniu pokrytym czapą mchu. Jest wilgotno, ale za to miękko i wygodnie. Już o 02.30 wszystko jest przygotowane i możemy położyć się spać. Rano (to znaczy o 12.00) budzi nas siąpiący deszcz. Namiot jest cały mokry, wszystko wewnątrz wilgotne i zimne. Jak najszybciej zwijamy całe obozowisko, pakujemy się do samochodu i gnamy na prom. Nikt nie myśli o śniadaniu, zresztą jak jeść śniadanie w samo południe? Na przystani w Bognes okazuje się, że, mamy całą godzinę czekania do przypłynięcia promu. Co prawda przestało padać, ale pogoda dalej mglista, czasami siąpi kapuśniaczek, wieje silny wiatr i ogólnie jest zimno, mokro i ponuro. Dobry nastrój ratuje nam odkrycie Adama. W toaletach przy przystani jest ciepła woda!!! Szybka akcja rozpakowywania ręczników oraz przyborów toaletowych i okupujemy toaletę przez następne pół godziny. Niesamowita radość, możemy umyć zęby w ciepłej wodzie.
            W końcu przypływa nasz prom i ruszamy w ostatni promowy odcinek naszej podróży. Bez szczególnych atrakcji dopływamy do m. SKARBERGET skąd ruszamy do m. NARVIK. Mamy silne postanowienie odszukać w Narviku pomnik wystawiony żołnierzom polskim poległym w walce o Narvik w czasie II Wojny Światowej. Obawiamy się, że zadanie może być trudne do wykonania. Nie posiadamy żadnych planów miasta a mamy wątpliwości czy Norwedzy będą potrafili pomóc nam w jego lokalizacji.
            Po dłużącej się już lekko jeździe, z mgieł i deszczu wynurzył się Narvik. Korzystając z niskiej ceny paliwa (tylko 9,7 koron za litr ON) podjeżdżamy pod stacje i tankujemy do pełna. Przy płacenia rachunku za paliwo przełamuje się i zamawiam kawę, pomimo jej dość zawrotnej ceny (19 koron za maleńki kubeczek kawy). Korzystając z okazji, brak innych klientów na stacji, próbuję dopytać się o drogę do pomnika. I tu miła niespodzianka, młody mężczyzna obsługujący stacje udziela nam wyczerpujących informacji i rysuje szkic miasta ze wskazówkami jak dojechać na miejsce. Udało się, po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy pod sam pomnik. Wysiadamy z samochodu, robimy obowiązkowe zdjęcia i po chwili ruszamy w dalszą drogę, kierunek m. TROMSO.
            Mając jeszcze do przejechania około 100 km do Tromso, korzystamy z krótkiej przerwy w deszczu i zatrzymujemy się na szybki obiad. Miejsce posiłku wypadło na parkingu powoli szykującym się na najazd turystów. Panowie podjeżdżający niezłymi samochodami odnawiają "lapońskie namioty" z wykorzystaniem nowoczesnych elektronarzędzi. Ot taka komercyjna "etnografia" pod turystów. Oczywiście robimy kilka pamiątkowych ujęć i wracamy do gotowania. Tym razem w słoikach znajdujemy gołąbki w sosie pomidorowym. Strasznie dziwnie się jada śniadania po 12.00, obiady około 21.00 a kolacje po północy. Ale też spać chodzimy pomiędzy 02.00 a 03.00. Chcemy się przestawić na nocny tryb aktywności tak aby maksymalnie wykorzystywać najlepsze "nocne" światło na Spitsbergenie. Trzeba przyznać, że w warunkach dnia polarnego nie jest to szczególnie uciążliwe.
            O godzinie 23.45 docieramy do m. TROMSO i kończymy pierwszy zasadniczy etap naszej wyprawy.

08.06.06 czwartek - 6 dzień wyprawy
            Tromso wita nas prześlicznym, miękkim i ciepłym światłem, więc zamiast szukać istotnych dla nas miejsc, czyli portu, lotniska i klasztoru, w którym mamy zostawić samochód, fotografujemy. Rezygnujemy ze spania i jeździmy nad brzegiem fiordu w pogoni za plamami słońca przebijającego się przez chmury i różowymi obłokami podświetlanymi w najmniej spodziewanych momentach. Nad brzegiem znajdujemy starą szopę rybacką ze stojącym obok rozsypującym się kutrem i sztokfiszami suszącymi się na drewnianym rusztowaniu, zabezpieczonymi kawałkami sieci przed wszędobylskimi, żarłocznymi mewami. Mija 01.30 a my wciąż nie myślimy o spaniu, zajęci fotografowanie. W końcu po 02.00 ruszamy odszukać nasz statek w porcie, jednak po drodze spotykamy 3 pasące się dzikie renifery. Kolejna godzina mija na robieniu im zdjęć. Renifery oglądane z bliska, w naturze, są prześliczne.
            Po zakończeniu sesji zdjęciowej z reniferami ruszamy do centrum miasta. Szybko odnajdujemy nasz statek (NORBJORN) stojący przy nabrzeżu. Następnie z małymi kłopotami znajdujemy klasztor i na koniec jak po sznurku trafiamy na lotnisko. Ponieważ Adam zdecydowanie domaga się kolacji (o 04.00!!!!) wjeżdżamy w jakąś łąkę nad samym brzegiem i wykańczamy kolejną puszkę mielonki.
            Ponieważ jest zbyt wcześnie na wizytę na statku, ruszamy w drogę na północ od Tromso. W maleńkim porcie na końcu cypla zatrzymujemy się na zrobienie paru zdjęć. Szczęście się do nas uśmiecha i na przybrzeżnych kamieniach znajdujemy piękną, czerwoną rozgwiazdę. Nic nie jest w stanie nas powstrzymać przed zrobieniem jej kilku zdjęć. Gdy zaczynamy powrót do Tromso słońce stoi już wysoko (w końcu to już 06.30).
            Po dojechaniu nad wybrzeże okazuje się, że jeszcze trochę musimy poczekać, aż statek obudzi się do życia. Wreszcie, o 08.00 widać ruch na pokładzie. Szybko dogaduję się z rosyjską załogą i prowadzą nas do kapitana - Norwega. I tu konsternacja, nikt nic nie wie o naszym płynięciu do Hornsundu!!! Na domiar złego komunikacja ze starym kapitanem ogranicza się z jego strony do kilku mruknięć i chrząknięć. Stoimy na mostku lekko
zdezorientowani i czekamy na rozwój sytuacji, gdy dźwig pokładowy zaczyna podnosić trap łączący statek z nabrzeżem. Statek szykuje się do odejścia od brzegu. PANIKA!!! Samochód z naszymi bagażami stoi na kei, my na pokładzie, nie wiadomo co z naszym transportem a statek sobie odpływa! Rzucam dwa zdania wyjaśnienia kapitanowi i biegiem dostajemy się w dół z mostka na pokład. Rosyjska załogo w lot łapie całą sytuację i dostawia nam aluminiową drabinkę do zejścia z pokładu. Uff, ewakuacja na brzeg się udała. W międzyczasie dogaduję się z ich szefem pokładu i okazuje się, że tylko zmieniają miejsce postoju o 300 m. Po przepłynięciu możemy się załadować na pokład z bagażami i przenocować do następnego dnia, kiedy planowane jest wypłynięcie, aczkolwiek nadal nie mamy potwierdzenia czy w ogóle będą nas zabierali na Spitsbergen. Atmosfera robi się nieco nerwowa. Podejmujemy szybką decyzję i jedziemy na lotnisko złapać Piotra (Kierownika Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki PAN) przed odlotem do kraju. On na pewno będzie mógł wyjaśnić całe to nieporozumienie. Jest, udało się go znaleźć. Piotr szybko ustala telefonicznie, co się stało. Okazało się, że nasza podróż zbiegła się w czasie z rotacją kapitanów i schodzący nie przekazał informacji nowemu. Szczęśliwie już wszystko gra i możemy się spokojnie zaokrętować. Żegnamy się z Piotrem i wracamy na statek, przeładowanie naszych bagaży zabiera zaledwie 30 minut. Nieco więcej problemu stwarza upakowanie wszystkiego w przydzielonej kajucie, maleńkiej dwuosobowej klitce. Ostatnią rzeczą, która pozostała nam do zrobienia jest odstawienia samochodu na przyklasztorny parking. Jako "polarnicy" korzystamy z uprzejmości sióstr zakonnych z polskiego zakonu Karmelitanek w Tromso. Teraz tylko mały, 6 kilometrowy spacerek z klasztoru do portu i możemy obwieścić zamkniecie kolejnego etapu podróży.
            Na statku zajmujemy przydzielone kabiny, ja z Adamem jedną i Mateusz druga - VIPowską. Około 17.00 po szybkim prysznicu w letniej wodzie padamy na koje i śpimy do18.30. W kojach jest super, ciepło miękko i wygodnie. Po drzemce szybka kolacja i pierwsza nasiadówka nad dotychczas zrobionymi zdjęciami. Adam robi ostrą selekcję i wycina pliki bez miłosierdzia - oszczędza miejsce na dysku? Po chwili jednak opamiętuje się i szybciutko przenosi część plików z kosza do katalogu ze zdjęciami.

09.06.06 piątek - 7 dzień wyprawy
            W końcu o 01.30 kładziemy się spać - pierwsza noc na statku. Wieje coraz mocniej, fala coraz większa a my o 04.00 mamy planowo rozpocząć rejs. Niestety okazało się, że ze względu na warunki pogodowe statek nie może wyjść z portu i musimy czekać. Jest nadzieja, że wypłyniemy jutro o 08.00, o ile pogoda pozwoli. Cóż siedzimy, czekamy, piszemy notatki i nudzimy się coraz bardziej.

10.06.06 sobota - 8 dzień wyprawy
              08.30 – płyniemy! Tromso żegna nas zmienną pogodą, trochę chmur, ciut mgły i miejscami słońce przeplatane przelotnym deszczem. Na osłodę nad jedną z mijanych wysepek rozpościera się kolorowa tęcza. Statek rozwija w fiordzie zabójczą prędkość 15 węzłów, więc wypłynięcie na otwarte morze zabiera nam ponad 4 godziny. Korzystając z wolnego czasu planujemy jak przepakować nasze bagaże tak, by można było wyładować
je na pontony w Hornsundzie. Nareszcie o 13.00 wypływamy na otwarte wody morza Barentsa. Fala wyraźnie wzrosła i wydłużyła się. Jest na tyle duża, że zaczyna nami huśtać i wszystkie niepomocowane kubki i butelki zaczynają żyć własnym rytmem. Cała kabina skrzypi, trzeszczy i wpada w silne wibracje. Staramy trzymać się dzielnie, ale niestety zbliża się godzina 14.00, czyli czas obiadu. Przy rosole jeszcze jesteśmy w komplecie, lecz drugie danie (tłuste, smażone ziemniaki z sosem i kotlet) powalają Mateusza, który szybko ewakuuje się z messy do swojej kabiny. Razem z Adamem trzymamy fason i trwamy do końca obiadu, choć mój żołądek też zaczyna się powoli buntować i obiad gwałtownie przestaje mi smakować. Największym twardzielem okazał się Adam, który pochłonął cały obiad bez widocznego wysiłku. Po posiłku wszyscy lądujemy w kabinach i zajmujemy swoje koje. Silny wiatr i fala powoli zmieniają nas w „ornitologów”, którym „paw głęboko zagląda w oczy”. Mijają kolejne godziny, które spędzamy głównie w pozycji leżącej starając się nie pozbyć zawartości żołądków. O 22.00 wychodzi piękne słońce, tylko jak się nim cieszyć przy tym cholernym kiwaniu? GPS pokazuje, że do celu mamy już „tylko” 34 godziny płynięcia.

 11.06.06 niedziela – 9 dzień wyprawy
           Stale płyniemy, statek pożera kolejne mile a my z coraz większym zniecierpliwieniem kontrolujemy wskazanie GPS. Przekraczamy kolejne równoleżniki. Słońce znikło już dawno temu. Jest  pochmurno, mglisto i pada drobny, zacinający deszcz. Na szczęście falowanie nieco się zmniejszyło i dobre samopoczucie zaczęło powoli wracać. O 19.30 do Hornsundu zostało już tylko 100 mil. Podobno mamy tam dotrzeć już jutro o godzinie 05.00. Niestety stan morza pogarsza się, fale rosną i wzmaga się wiatr. Zaczynamy zabezpieczać nasze bagaże przed przeładunkiem na ponton, którym załoga ze stacji polarnej ma odebrać nas z pokładu NORBJORNA po dopłynięciu do fiordu.

 


Wyprawa Spitsbergen - wstęp

 Spitsbergen - stacja polarna w Hornsundzie     Droga powrotna i koniec wyprawy